Pamiętasz czasy, kiedy rządowy nadzór w Internecie wydawał się fabułą kiepskiego thrillera? Teraz jest to odległa przeszłość. Edward Snowden zmienił wszystko w 2013 roku. Był byłym pracownikiem Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Ujawnił dokumenty ujawniające prawdziwy zakres amerykańskiej inwigilacji. Świat patrzył, oszołomiony.
Najgłośniejszą rewelacją był program PRISM. Dało to NSA bezpośredni dostęp do serwerów dużych amerykańskich firm technologicznych. Mówimy o Google, Facebooku, Yahoo. Mogliby odzyskać historię wyszukiwania. Mogli czytać e-maile. Mogli monitorować przesyłanie plików i czaty na żywo. To nie były tylko metadane. Taka była treść wiadomości.
Następnie pojawił się program „odbiórki upstream”. NSA wykorzystała kable światłowodowe łączące centra danych na całym świecie. W ciągu jednego miesiąca odzyskali ponad 180 milionów rekordów. Dane te zostały przesłane bezpośrednio do Fort Meade w stanie Maryland. Umożliwiło to agencji śledzenie każdego, kto wysyłał e-maile za granicę lub odwiedzał strony internetowe hostowane na zagranicznych serwerach.
Prawo stanowi, że jest on przeznaczony dla cudzoziemców. Ale Amerykanie również wpadają w tę sieć. W styczniu 2018 r. Kongres przedłużył te programy pomimo protestów opinii publicznej. Czy to oznacza, że każdy Amerykanin jest inwigilowany? Nie koniecznie. Dyrektor wywiadu narodowego wyjaśnił, że przeszukanie tych danych wymaga nakazu sądu. Obowiązują zasady mające na celu usunięcie przypadkowego przechwytywania danych obywateli USA. Ale są dane. Oni tam są. Oni czekają.
Nie jest to jedyny sposób, w jaki rząd cię postrzega. NSA to tylko część układanki.
Зміст
Jak FBI szpieguje Twój komputer i ruch internetowy
Federalne Biuro Śledcze prowadzi tę grę od dziesięcioleci. Zaczęli w 1998 roku od instrumentu o nazwie Carnivore. Dostawcy usług internetowych (ISP) zainstalowali go w swoich sieciach szkieletowych. Filtrował i kopiował wiadomości od określonych celów. Początkowo nie było to powszechne. Tylko 25 przypadków użycia, zanim jeden z dostawców podniósł alarm w 2000 r. W 2005 r. FBI zastąpiło je oprogramowaniem komercyjnym. Ten sam cel. Inny dostawca.
Ale filtry programowe to dopiero początek. FBI może zhakować Twój komputer. Zdalnie lub fizycznie. Instalują oprogramowanie keyloggera. Rejestruje każde naciśnięcie klawisza. Szyfrowanie niewiele pomoże, jeśli będą patrzeć, jak wpisujesz hasło.
Polują także na użytkowników nielegalnych stron internetowych. Hakerzy z Biura włamują się do serwerów. Wprowadzają oprogramowanie szpiegujące. Kiedy odwiedzasz te strony, Twój komputer zostaje zainfekowany. Twoja tożsamość zostaje ujawniona.
Większość ludzi przestrzegających prawa nie spotka się z czymś takim. Ale taka możliwość istnieje. I nie mówimy tylko o agentach federalnych.
Dlaczego Twój dostawca usług internetowych zapisuje Twoją historię przeglądania?
Ustawodawstwo próbuje zmusić dostawców do prowadzenia szczegółowych rejestrów przez lata. W połowie 2000 roku Kongres zaproponował Ustawę STOP. Wymagało to od dostawców prowadzenia rejestrów łączących adresy IP z tożsamością użytkowników. Nie został przyjęty. Ale intencja była jasna. Chcieli śladu papierowego.
Wpadaliśmy w panikę w związku z rządowymi plikami cookie. Małe pliki śledzące nas. A teraz? Nawet nie mrugamy. Pozwalamy Google i Facebookowi tworzyć ogromne dossier dotyczące naszego życia. Zagrożenie przeniosło się z państwa na korporację. Ale dane pozostają. Dostępny.
Gdzie trafiają dane, jeśli nie jesteś celem? Które agencje je udostępniają? Jak długo je przechowują, zanim je usuną? Odpowiedzi są mylące. Prawa się zmieniają. Technologia staje się coraz szybsza. Twój ślad cyfrowy rośnie, czy ci się to podoba, czy nie.
Co dokładnie śledzi witryna USA.gov?
Zastanawiasz się, jakie cyfrowe ślady zostawiasz na federalnych stronach internetowych? USA.gov oferuje przejrzyste spojrzenie na gromadzenie danych, które jest w rzeczywistości dość szczegółowe. Po wejściu na portal system rejestruje Twój adres IP. Jest to numeryczny identyfikator routera i urządzenia. Ale to nie koniec.
Witryna rejestruje początkowy adres URL – czyli miejsce, z którego pochodzisz – przed wylądowaniem na stronie głównej. Rejestruje dokładny czas i datę Twojej wizyty. Śledzi każde wyszukiwane hasło, które wpiszesz i każdy link wewnętrzny, na który klikniesz. Nawet wybór przeglądarki ma znaczenie. System zapamiętuje, czy korzystasz z przeglądarki Chrome czy Firefox i jaki masz system operacyjny.
Pliki cookie również odgrywają tutaj rolę. Identyfikują Twoją sesję, choć nie na podstawie Twojego imienia i nazwiska. Witryna twierdzi, że wykorzystuje dane internetowe do śledzenia aktywności. Agenci otrzymują wyłącznie anonimowe, zagregowane statystyki ruchu. Umożliwia to urzędnikom identyfikację trendów użytkowania bez specjalnego śledzenia poszczególnych osób. Jeśli chcesz zrezygnować z takiego śledzenia, możesz wyłączyć te trwałe pliki cookie w ustawieniach swojej przeglądarki.
Dlaczego Amerykanie są mniej zmartwieni, niż myślisz
Można by się spodziewać, że masowa inwigilacja wywoła przerażenie wśród opinii publicznej. Dane sugerują co innego. Po tym, jak przecieki Snowdena ujawniły zakres monitoringu rządowego, można było spodziewać się gwałtownego wzrostu obaw o prywatność. Jednak sondaże Pew Research Center mówią co innego.
Amerykanie pozostają zaskakująco nieostrożni. Tylko 39 procent wyraziło obawy, że rząd podgląda ich wyszukiwania w Internecie. Liczba ta jest szokująco mała w porównaniu z 57 procentami, które uważają, że monitorowanie komunikacji jest niedopuszczalne. Istnieje rozbieżność pomiędzy tym, co ludzie uważają za złe, a tym, co naprawdę ich niepokoi.
Bezpieczeństwo danych to kolejny słaby punkt. Mniej niż połowa – 49 procent – obawia się, czy rząd będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo ich danych osobowych. Wniosek jest oczywisty. Wielu użytkowników domyślnie zakłada, że ich dane są bezpieczne, lub po prostu nie zależy im na zmianie nawyków.
„Agencje rządowe otrzymują wyłącznie anonimowe statystyki ruchu i w formie zbiorczej urzędnicy mogą śledzić trendy w korzystaniu z witryny internetowej”.
Ile danych to za dużo?
Rozróżnienie między anonimową agregacją a indywidualnym śledzeniem szybko się zaciera. To, że dane są „anonimowe”, nie oznacza, że są nieszkodliwe. Adresy IP często można przypisać do konkretnych gospodarstw domowych. Odciski palców przeglądarki są na tyle unikalne, że umożliwiają ponowną identyfikację użytkowników pomiędzy sesjami.
Przykład USA.gov ilustruje standardową praktykę. Federalne strony internetowe zbierają szczegółowe dane behawioralne pod pozorem poprawy wydajności. Użytkownicy zamieniają prywatność na wygodę. Rezultatem jest ogromne repozytorium nawyków cyfrowych dostępne dla agencji w celu analizy trendów.
Dlaczego to jest ważne? Ponieważ wzorce te wpływają na kształtowanie polityki. Określają sposób świadczenia usług. Tworzą punkt odniesienia dla tego, jak wygląda normalne zachowanie. Kiedy pojawiają się odchylenia, wyróżniają się.
Niski poziom obaw w ankietach sugeruje akceptację nadzoru. A może brak zrozumienia. W każdym razie gromadzenie danych jest kontynuowane. Pliki cookie są zapisywane. Kłody rosną.
Zakładamy anonimowość, ponieważ dane nie zawierają nazwisk. Jednak w praktyce metadane rzadko są anonimowe. Po prostu trudniej je odczytać.

























