Martwe projekty Google: jak nieudane oprogramowanie stało się dzisiejszymi funkcjami

6

Google nie tylko zbudował Internet. Połknął go.

Budzisz się. Sprawdzam Twój telefon. Szukam czegoś. Być może opublikujesz post na blogu lub sprawdzisz historię geolokalizacji. To wszystko już tam jest. Ślad firmy jest tak głęboki, że wydaje się mniej przypominać działalność korporacyjną, a bardziej grawitację.

Ta dominacja nie była przypadkowa. Stało się tak, ponieważ Google zareagował szybko. Kupował małe start-upy, zanim stały się duże. Uczynił Androida domyślnym systemem operacyjnym rewolucji mobilnej. W ciągu niecałej dekady firma przekształciła się z wyszukiwarki w potęgę komputerów osobistych.

Potrafią przewidzieć, czego będziesz potrzebować dalej. Ich produkty wpasowują się w Twoją rutynę tak płynnie, że zapominasz, że życie bez nich istnieje.

Ale do czego nikt się nie przyznaje: Google cały czas zawodzi.

Firma rzuca każdy pomysł na ścianę. Jakiś kij. Większość tego nie robi. Strategia „uruchom i przejmij” jest obecnie normą. Wszystko jest w ciągłych beta testach. Jeśli podobał Ci się produkt, który zniknął, jego najlepsze cechy prawdopodobnie przetrwały. Po prostu zmienili nazwy. Przenieśli się do innych aplikacji.

To nie jest lista śmieci. To cmentarz innowacji.

Przyglądamy się tym niepowodzeniom, aby zrozumieć, jak faktycznie działa rozwój online. Błędy to po prostu punkty danych. Google je przerabia. Bierze to, co działa, i ukrywa to na widoku.

10: Google Live

Zacznijmy od duchów.

Google Lively wystartowało w 2008 roku. To miała być przyszłość mediów społecznościowych. Wyobraź sobie wirtualny świat 3D wbudowany w Twoją przeglądarkę. Nie tylko czytałeś posty. Zamieszkaliście przestrzenie. Przeniosłeś awatary. To było jak hybryda Second Life i czatu.

Nie udało mu się. Okrutny.

Dlaczego? Ponieważ przeglądarki w 2008 roku nie były gotowe na tego typu renderowanie. A ludzie nie chcieli wchodzić w kolejną wirtualną przestrzeń. Wymagało to zbyt wiele wysiłku. To było zbyt niszowe.

Google zamknął projekt w 2010 roku.

Ale przyjrzyj się bliżej.

Koncepcja nie jest martwa. Rozpadła się.

System awatarów? Stały się kręgami Google+. Przestrzenie wizualne? Wpływ na sposób wyświetlania wyników wyszukiwania przez Google. Pomysł na trwałą identyfikację graficzną? Infiltrował Google Hangouts i ostatecznie Google Chat.

Google Lively było prototypem wykresu społecznościowego, który wydawał się żywy. Nie powiódł się jako samodzielny produkt. Odniosło sukces jako laboratorium badawczo-rozwojowe.

Lekcja? Nie opłakujcie śmierci Lively. Używasz jego DNA za każdym razem, gdy wysyłasz wiadomość z animowanym zdjęciem profilowym.

Duch Ożywienia

Google Lively ledwo się narodziło. Sześć miesięcy w 2008 r., a następnie zniknął. Nikt go nie pamięta, bo był nie tylko zły – był niewidzialny. Pozostaje podręcznikowym przykładem mocnego pomysłu, który został zrujnowany przez fatalną realizację. Tymczasem tacy giganci jak Second Life wciąż grają na zwłokę w tej samej wirtualnej przestrzeni, udowadniając, że trudno jest stworzyć światy „nie będące grami”.

Ale z perspektywy czasu Lively nie okazała się po prostu klapą. To był list miłosny do idei, z której w dużej mierze zrezygnowaliśmy: co życie online może naprawdę oznaczać.

Technologiczny sen kontra rzeczywistość opóźnień

Użytkownicy stworzyli awatary. Wędrowali po trójwymiarowych przestrzeniach. Przypominało Minecraft zanim istniał Minecraft, zmieszane z chaotyczną energią czatów z przeszłości. Architektura była rozpoznawalna. Interakcja była prawdziwa.

Dlaczego więc umarł? Serwer ulega awarii. Opóźnienia. Rozczarowanie.

Pomysł był słuszny. Pokoje rozmów stanowią społeczny szkielet Internetu od czasów modelowych połączeń. Używaliśmy ich do komunikowania się ze znajomymi, których znaliśmy i nieznajomymi, których nie znaliśmy. Trendy zmieniały się szybko. Chatroulette miał moment wirusowego chaosu. Teraz utknęliśmy w oczekiwaniu, aż prawdziwe wideo w końcu zastąpi wideofony, które obiecano nam w latach dziewięćdziesiątych.

Przejdź z „miejsc” do „funkcji”

To jest główny problem. Pokoje rozmów i fora dyskusyjne były kiedyś standardem przyjazności online. A teraz? Sieć społecznościowa zmieniła zasady gry.

Nie spotykamy już obcych „na wolności”. Spotykamy ich poprzez wspólne powiązania. Facebooku. Świergot. Platformy te działają na prostym założeniu: zaufanie wynika z istniejących relacji. Widzisz znajomego znajomego, co oznacza, że ​​możesz rozmawiać.

W początkach Internetu Lively miało sens. Przypominało to cyfrowy klub nocny lub kawiarnię. Przyszedłeś tam. Odwiedziłeś go. Celem był Internet.

Już nie.

Internet nie jest już miejscem, do którego „chodzisz”. To jest warstwa leżąca u podstaw wszystkiego, co robimy. Rozmowa z nieznajomymi nie jest ucieczką od rzeczywistości; jest funkcją życia na świecie. Nie potrzebujemy wirtualnych salonów, żeby spotykać się z ludźmi. Potrzebujemy jedynie lepszych narzędzi, aby wypełnić luki w naszych istniejących sieciach. Lively próbowała zbudować nowy świat. Musieliśmy ulepszyć stary.

Koniec ery uniwersalnej linii porad

Przestaliśmy szukać „odpowiedzi” w momencie, gdy Google stało się natychmiastowe i bezpłatne. Wieśniak! Oczywiście odpowiedzi wciąż istnieją. Ludzie używają go teraz do dziwnego, zabawnego chaosu, a nie dlatego, że oczekują przydatnych informacji. Kiedy naprawdę chcesz się czegoś dowiedzieć, sięgasz po fora tematyczne. Do ekspertów ze swojego kręgu piszesz w wiadomościach prywatnych. Oznacza to przejście od przestarzałego, uniwersalnego zestawu porad do modelu odzwierciedlającego prawdziwe życie.

Kilka firm próbowało odtworzyć ten stary model. ChaCha. ZapytajJeevesa. Zasada była prosta: zadaj dowolne pytanie i uzyskaj odpowiedź. Zasadniczo oznaczało to płacenie komuś innemu za wyszukiwanie w Google. Brzmi szalenie. To był głupi biznes. W Odpowiedziach Google zastosowano model aukcji. Freelancerzy ubiegają się o możliwość odpowiedzi na pytanie. Zwycięzca otrzymał zapłatę.

Teraz wydaje się to zabawne. Twoja przeglądarka automatycznie zwraca wyniki. Algorytmy Google są z każdym dniem coraz inteligentniejsze. Natomiast w okresie od kwietnia 2002 r. do listopada 2006 r. spełniał swoją funkcję. Wypełniła lukę, zanim poszukiwania stały się drugą naturą.

Reklama w prasie Google i radiu

Zanim ekosystem reklamowy przypominał dzisiejszy monopol programowy, Google testował konkretne rozwiązania wertykalne. Firma nie ograniczyła się do linków tekstowych. Eksperymentowała z mediami fizycznymi i transmisją.

Reklamy prasowe Google skupiały się na książkach. Pomysł polegał na umożliwieniu użytkownikom przeszukiwania wnętrza książek. Jeśli znalazłeś odpowiedni fragment, możesz kupić książkę. Stanowił pomost pomiędzy wyszukiwarką cyfrową a sprzedażą fizyczną. Nie stało się ono samo w sobie pełnoprawnym źródłem przychodów Google, ale wskazało przyszłość odkrywania treści.

Reklamy radiowe Google były jeszcze bardziej ambitne. Chcieli wdrożyć ukierunkowane reklamy w samochodach. Koncepcja zakładała umieszczanie w stacjach radiowych reklamy dźwiękowej na podstawie danych słuchaczy. Była to próba przyciągnięcia uwagi w środowisku, które było wówczas w dużej mierze odporne na cyfrowe śledzenie. Infrastruktura była złożona. Natychmiast pojawiły się problemy związane z prywatnością. Potencjał zysków pozostał spekulacyjny.

Żaden z tych obszarów nie stał się tak istotnym filarem przychodów Google, jak wyszukiwarka czy YouTube. Pokazują jednak, jak ciężko firma pracowała nad dywersyfikacją swoich zasobów reklamowych. To nie był tylko pasek wyszukiwania. Próbowali objąć cały łańcuch uwagi. Eksperyment radiowy uwydatnia trend, który dopiero nabiera tempa: chęć penetrowania mediów w formacie linearnym offline z cyfrową precyzją.

Presja na zarabianie nie ograniczała się do ekranów. Kierując się zapotrzebowaniem na przychody, Google podjął próbę przeniesienia swojej taktyki precyzyjnego kierowania do świata fizycznego. Logika wydawała się nieskazitelna na papierze. Mieli najbardziej szczegółowe mapy zachowań konsumentów, jakie kiedykolwiek stworzono. Dane dotyczące zakupów produktów. Historia ruchu użytkownika. Dlaczego nie zastosować tej samej mocy analitycznej w przypadku reklam radiowych i drukowanych?

Brzmiało to jak zwycięstwo reklamodawców działających w trybie offline. Wyobraź sobie, że możesz dotrzeć do określonej grupy demograficznej z taką samą chirurgiczną precyzją, jak w przypadku wyszukiwania „najlepszych butów do biegania”. Plan zderzył się jednak z rzeczywistością. Metryki działające w przeglądarce nie przekładają się na wydrukowaną stronę lub radio samochodowe.

Dlaczego śledzenie offline zniszczyło model Google

Reklamy online są śledzone. Klikasz. Nawrócenie ma miejsce. Odzyskasz piksel. To błędne koło. Reklama offline jest chaotyczna. To jest rozmazane. Nie ma mechanizmu natychmiastowej informacji zwrotnej, gdy ktoś usłyszy reklamę radiową lub zobaczy billboard.

Podejście Google wymagało od reklamodawców przekazywania swoich zastrzeżonych danych o odbiorcach. Pomysł nie spodobał się dyrektorom stacji radiowych i wydawcom prasowym. Nie ufali gigantowi technologicznemu w zarządzaniu ich kluczowym aktywem biznesowym. Nie zaobserwowali także natychmiastowego zwrotu z inwestycji (ROI). Bez jasnego przypisania wydawanie pieniędzy na kampanie Google offline wydawało się ryzykowne. W gospodarce po recesji reklamodawcy nie byli skłonni podejmować ryzyka.

Rezultatem był cichy odwrót. Google nie ogłosiło oficjalnie masowej awarii. Po prostu przestał z takim samym entuzjazmem promować te inicjatywy. Infrastruktura do pomiaru wyników offline po prostu nie była gotowa, a gracze rynkowi nie chcieli współpracować.

7: Zbijak

Zanim Google stał się monolitem wyszukiwania, istniał Dodgeball.

To nie była gra w piłkę, podczas której ludzie rzucali w siebie piłkami. Była to sieć społecznościowa oparta na geolokalizacji. Wprowadzony na rynek w 2000 roku, wyprzedził funkcje Facebooka Check-in i Swarm o ponad dekadę. Koncepcja była prosta. Powiedziałeś obsłudze, gdzie jesteś. Oznaczyłeś znajomych, którzy byli w pobliżu.

Użytkownicy wchodzili w interakcję za pośrednictwem wiadomości SMS lub podstawowego interfejsu internetowego. Celem było dowiedzieć się, gdzie spędzają czas Twoi przyjaciele. Zaspokajało to prymitywną potrzebę społeczną. Ciekawość. Chęć dowiedzenia się, kto jest z tobą w pokoju.

Google nabył tę usługę w 2005 roku. Prawdopodobnie dostrzegł potencjał w danych geolokalizacyjnych. Internet mobilny nabierał tempa. GPS stawał się standardem. Jednak Google miał trudności z zintegrowaniem go ze swoim podstawowym produktem wyszukiwania. Nie mieli jasnej ścieżki monetyzacji dostosowanej do ich mechanizmu reklamowego.

Dodgeball zniknął. Użytkownicy odeszli. Stał się jedynie przypisem w historii technologii, dopóki jego dane i talenty nie zostały wchłonięte przez coś, co ostatecznie przekształciło się w Google Latitude. Następnie wchłonięto także szerokość geograficzną. Obecnie trudno jest ustalić jego pochodzenie.

Ale DNA pozostało. Usługi oparte na lokalizacji są dziś wszędzie. Od rekomendacji restauracji po ukierunkowane reklamy lokalne. Eksperyment jako samodzielny produkt nie powiódł się. Okazało się jednak, że ludzie chcieli, aby ich urządzenia wiedziały, gdzie się znajdują. Google właśnie wykonało zły ruch, jeśli chodzi o spakowanie tego.

Historia Jaiku odzwierciedla frustracje związane z Dodgeballem. Nie była to wina złej jakości technologii. Problem polegał na tym, że czas był nieodpowiedni.

W 2006 roku Google przejął Jaiku, fińską usługę mikroblogowania. Wyobraź sobie Twittera, zanim stał się ogromny. Założyciel, Sami Keyjonen, dołączył do Google. Pomysł był jasny: stworzyć kanał aktualizacji w czasie rzeczywistym. Idealnie wpisuje się w narrację „online spotyka się offline”.

Potem zapadła cisza.

Przez dwa lata nic się nie działo. Integracja przebiegła słabo. Produkt sprawiał wrażenie porzuconego. Keijonen odszedł z powodu rozczarowania. Przyjął koncepcję i stworzył własny produkt, ale szkody już zostały wyrządzone. Okno możliwości dla Jaiku zostało zamknięte. Twitter wygrał już wojnę mikroblogową.

Jaiku jest trzecim przykładem tego wzorca. Google kupuje obiecujący niszowy pomysł. Odkłada się na półkę. Założyciel odchodzi. Rynek idzie dalej. Oryginalna koncepcja jest rozwijana gdzie indziej, często w formie ignorującej specyficzną wizję Google.

Wzór straconych szans

Nie chodzi tylko o jedną aplikację czy jednego założyciela. Chodzi o to, jak Google zarządza eksperymentami społecznościowymi na ich wczesnych etapach.

Kupują. Słaba inkubacja. Tracą talenty. Pomysł odchodzi.

Jaiku udowodniło, że infrastruktura do aktualizacji w czasie rzeczywistym jest gotowa. Ale Google nie mógł tego wdrożyć. Twitter to zrobił. Samouczek jest taki sam dla Androida, Jaiku i Dodgeball. Pomysł jest słuszny. Problemem jest wykonanie ze strony Google.

Gdzie dalej iść?

Widzieliśmy to trzy razy w ciągu pięciu lat.

  1. Android: Sukces, ale nie ma to związku z tym argumentem.
  2. Dodgeball: Doprowadził do powstania Foursquare. Google stworzył Latitude, który umarł.
  3. Jaiku: Doprowadził do dominacji na Twitterze. Google nie stworzyło niczego wartościowego.

„Real World Parallel” sugeruje, że te usługi ostatecznie się połączą. Znaki lokalizacyjne, mikroblogi, geodane. Wszystko staje się jednym: cyfrowym kontekstem dla życia fizycznego.

Ale kto jest właścicielem tej zbieżności?

Twitter nie potrzebował pomocy Google. Foursquare nie potrzebował pomocy Google. Założyciele, którzy odeszli, zrozumieli niuanse. Inżynierowie Google zbudowali platformy. Ci, którzy odeszli, zbudowali kulturę.

Czy logując się teraz, pomagasz Google? Prawdopodobnie nie. Pomagasz ekosystemowi, który powstał, ponieważ Google pozwolił Ci odejść.

Przyszłość rzeczywistości rozszerzonej

Znaczniki lokalizacji są martwe. Niech żyje kontekst.

Karty na Instagramie. Soczewki Snapchata. Tagi TikToka. Grywalizacja w Dodgeball była nowością. Narzędziem Jaiku była funkcja. Jednak połączenie wszystkich trzech rozwiązań to nowy standard.

Google próbuje nadrobić zaległości. Mają Latitude. Mają Mapy Google. Mają Androida.

Ale przegapili moment kulturalny. Dwa razy.

Być może tym razem im się to uda. A może po prostu kupią inną aplikację, poczekają dwa lata i zobaczą, jak założyciel znowu odchodzi.

Ten schemat jest trudny do przełamania. Sprzęt jest gotowy. Użytkownicy są uzależnieni. Pytanie brzmi, kto kontroluje narrację.

To już nie jest Google. Już nie on.

W październiku 2007 roku Google przejął już Jaiku. To miała być kolejna wielka rzecz w mikroblogowaniu. Ale tak się nie stało. W styczniu 2009 roku wszystko stało się jasne: Twitter wygrał wojnę krótkich postów. Nie możesz zbudować potężnej sieci, jeśli nie masz ludzi. Twitter już je miał. Jaiku po prostu gonił za duchem.

Krążyły pogłoski o złych relacjach między Google a fińskim zespołem. Ale teraz to nie ma znaczenia. W 2009 roku kod i tak stał się otwarty. Google oficjalnie przestało wspierać projekt w 2011 roku. Zamknięcie nastąpiło 15 stycznia 2012 roku. To niefortunne. Nigdy nie dowiemy się, kim mogła się stać. Pomyśl o MySpace. Ten cmentarz mediów społecznościowych stał się centrum grup podziemnych. Instrumenty muzyczne MySpace utrzymują aktualność dłużej niż kanały społecznościowe. Być może Jaiku również odniosłoby swój niszowy sukces. Teraz jest tylko cisza.

5: Notatnik Google i zasoby udostępnione

Zanim chmura przejęła wszystko, trzeba było nosić ze sobą dane. Dosłownie. Notatnik Google umożliwia wycinanie nagłówków, cytatów i obrazów z dowolnej witryny internetowej. Zapisałeś je w jednym miejscu. To nie był tylko lombard. To był cyfrowy album z wycinkami.

Problemem był dostęp. Notatnik został połączony z Twoim kontem Google. Jeżeli logowałeś się z komputera znajomego, utraciłeś dostęp do swoich notatek. Chyba, że ​​były wspólne. Udostępnienie było rozwiązaniem. Wygenerowałeś link i wysłałeś go e-mailem lub wkleiłeś na forum. To zadziałało. Częściowo.

Wszystko wydawało się kruche. Jedna awaria serwera, jedno zablokowanie konta – i Twoje notatki zniknęły. Google zamknął Notatnik w 2013 roku. Nie ostrzegali nas długo. Użytkownicy wpadli w panikę i próbowali wyeksportować swoje dane. Większość się poddała. Lata badań? Pochowany.

Pojawiły się inne narzędzia, które mają wypełnić tę lukę. Evernote. Pinteresta. Nawet wątki na Twitterze stały się sposobem na publiczne przechowywanie informacji. Ale nic nie dawało takich wrażeń jak Notatnik. Był lekki. Szybko. Nie próbowała być siecią społecznościową. Było to po prostu miejsce do przechowywania myśli, zanim znikną.

Obecnie przechowujemy informacje za pośrednictwem rozszerzeń przeglądarki. Zapisujemy artykuły w Pocket. Przesyłamy listy do siebie. Mniejsze tarcie. Ryzyko jest wyższe. Jeśli usługa przestanie działać, Twoje dane zostaną rozproszone po kilkunastu aplikacjach. Notatnik był scentralizowany. Miałeś wszystko w jednym miejscu.

Dlaczego to miało znaczenie? Nauczył nas, jak selekcjonować treści. Pomyśl zanim naciśniesz przycisk. Nie tylko konsumowaliśmy informacje. Tworzyliśmy drugi mózg. A kiedy zniknął, zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo na nim polegaliśmy. Cisza nie ogranicza się do Jaiku. Dotyczy to wszystkich naszych cyfrowych skrawków, które uważaliśmy za wieczne. Nie były.

Google nie stworzył jeszcze zabójczej aplikacji dla osób poszukujących produktywności. Naprawdę.

Chociaż Dokumenty Google ostatecznie stały się usługą współpracy nad dokumentami, do której częściowo dążyła Google Wave, firmie nie udało się osiągnąć celu w obszarze narzędzi zwiększających produktywność osobistą. Chcieli konkurenta dla Evernote, ale nigdy go nie wypuścili.

Strategia była przewidywalna: wytnij i wklej fragmenty zachowujące linki internetowe. Wydawało się, że to gwarantowany sukces, jeśli zostanie zintegrowany bezpośrednio z przeglądarką. Google próbował tego wiele razy.

A mimo to nie udało się.

Bariera wejścia była zbyt wysoka. Lub obciążenie funkcjonalne było nadmierne. Interfejs był uciążliwy. Świat ukrytych faktów i cytatów nadal pozostaje pod kontrolą programistów z minimalnymi rozszerzeniami i prostymi funkcjami.

Kiedy wszystko jest w chmurze, przesyłanie notatek z domowego komputera na telefon do biura nie jest już zaletą. To jest ustawienie domyślne. Bezproblemowa integracja staje się podstawowym wymogiem, a nie dodatkiem.

Materiały ogólne i zwrot społeczny

Potem pojawiło się Shared Stuff. Próba o śmiesznej nazwie.

Próbowała połączyć podejście Dokumentów Google i Notatnika Google. Udostępniła te wycinki i notatki każdemu.

Wystąpiły problemy w rozwoju. Aplikacja działała niestabilnie. Nigdy nie został zintegrowany z ekosystemem Google. Rezultatem jest mniej wciągająca wersja serwisów społecznościowych, takich jak Delicious (często błędnie pisana jako Delicio.us).

Social bookmarking wyniósł „społeczny” aspekt koncepcji do własnego działania. Czy to Delicious, Reddit, czy nawet BuzzFeed.

Nie chodzi o to, co udostępniasz, ale o to, co mówisz na ten temat Ty i Twoi znajomi.

To właśnie te aspekty Notatnika i udostępnianych treści zostały ostatecznie zintegrowane z Czytnikiem Google. Sygnał społecznościowy był ważniejszy niż surowe dane.

4: Google Buzz

Nie zapytał o pozwolenie. Pojawił się dopiero w lutym 2010 r., ukryty w Gmailu jak ukryty folder, o istnieniu którego nawet nie miałeś pojęcia. Przestać używać? Z pewnością. Ale szkody już zostały wyrządzone. Użytkownicy obudzili się i zobaczyli nową kartę, która w mniejszym stopniu przypominała funkcję, a bardziej intruza.

Co właściwie było w środku? Zasadniczo była to okaleczona wersja Czytnika Google. Pamiętasz go? Był to szczyt ery RSS, zanim świat zaczął korzystać z kanałów selektywnych i konsumpcji opartej na aplikacjach. Sprawdzanie setek nieprzeczytanych pozycji nie było wtedy stresujące. To był swego rodzaju rytuał. Buzz zamienił ten rytuał w rutynową czynność. Za każdym razem, gdy otwierasz swoją wiadomość e-mail, napotykasz rosnącą liczbę. Podświadomy niepokój przyczepiał się do treści, których być może nawet nie będziesz chciał już czytać.

Google powinno grywalizować ten proces. Nagroda za sprzątanie. Wyczyść pamięć podręczną. Daj użytkownikom przypływ dopaminy podczas zamykania zakładek. Oni tego nie zrobili. Zamiast tego pozwolili, aby liczba nieprzeczytanych wiadomości kumulowała się niczym niezapłacone rachunki. Pod koniec 2011 roku eksperyment został zakończony. Google przestał wspierać Buzza, skutecznie przyznając się do porażki.

Zwrot tabletów i śmierć RSS

Ironią jest to, że format się zmienił, ale zachowanie pozostaje takie samo. Przestaliśmy czytać blogi na komputerach stacjonarnych i zaczęliśmy czytać czasopisma na tabletach. Sprzęt zmienił się z prostokątnych ekranów na coś przypominającego kształt magazynu. Firma Google przegapiła tę zmianę, ponieważ była zbyt zajęta próbami wrzucenia RSS do swojego klienta poczty e-mail.

RSS nie umarł z powodu złej technologii. Umarł, bo stał się zmęczony. Ludzie chcą kuracji. Chcą, żeby ktoś inny filtrował hałas. Buzz nie oferował niczego takiego. Po prostu dodał więcej szumu do znanego i niezawodnego interfejsu.

3: Alternatywy dla Wikipedii

Podczas gdy Google nie radził sobie z kanałami społecznościowymi, inny gigant stanął w obliczu kolejnego kryzysu. Zaufanie.

Wikipedia działa dzięki kontroli publicznej. Tak, jest chaotycznie. Tak, czasami jest stronnicza. Ale jest zdolna do samokorekty. Problemem nie jest treść; problemem jest postrzeganie niezawodności przez ogół społeczeństwa. Tutaj w grę wchodzą alternatywy. Obiecują precyzję bez chaosu.

Czy ich potrzebujemy? Prawdopodobnie nie na wszystko. Jednak dla konkretnych nisz – nauki, historii, prawa – użytkownicy zaczynają szukać informacji w innych miejscach. Pytanie nie brzmi, czy platformy te mogą przewyższyć Wikipedię pod względem treści. Pytanie brzmi, czy mogą przewyższyć go autorytetem, nie stając się przy tym zamkniętymi, kosztownymi i nieistotnymi.

Większość z nich ponosi porażkę, ponieważ próbują przebić Wikipedię samą Wikipedią. Kopiują model zamiast poprawiać wadę. Wadą nie jest otwarty system edycji. Jest to brak bezpośredniego autorytetu. Czy mniejszy zespół może zapewnić takie uprawnienia? Niektórzy mogą. Większość tego nie robi.

Pamięć o czasach przed Wikipedią jest dla wielu zamazana. W tamtych czasach wiki nie było tylko narzędziem; było to zjawisko kulturowe. Społeczności niszowe i fani programów telewizyjnych nadal trzymają się tych platform, utrzymując gęste, redagowane przez użytkowników archiwa faktów na temat ich pasji. Dominacja Wikipedii sprowadza się do jednego: jej skali i oddanej społeczności. Krytycy często dyskontują go za to, że „każdy” może edytować, ale ten chaos jest tak naprawdę jego siłą. Wiedza powstaje kolektywnie. Tak, jest to chaotyczne, ale działa.

Google to widziało. Oni nie tylko patrzyli. Próbowali stworzyć własną wersję.

Trylogia Google Wiki

Począwszy od lata 2008 roku Google rozpoczął serię eksperymentów mających na celu odtworzenie lub zwiększenie potencjału crowdsourcingu Wikipedii. Strategia była prosta: jeśli nie możesz ich pokonać, spróbuj do nich dołączyć. Jeśli nie możesz się przyłączyć, może po prostu napisz nad nimi adnotację.

Próbowali trzech różnych podejść. Każdy z nich poniósł porażkę z innego powodu.

Knol był bezpośrednim konkurentem. Zaczęło się od platformy dla artykułów generowanych przez użytkowników, zasadniczo będąc klonem Wikipedii. Brakowało mu jednak masy krytycznej. Do maja 2012 roku Knol został zamknięty. Nie zyskało to popularności, ponieważ Wikipedia rozwiązała już problem „crowdsourcingu wiedzy” lepiej niż Google. Wikipedia nie jest idealna, ale jest wiarygodna. Służy każdemu, od początkujących po zaawansowanych ekspertów w tym samym czasie. Tej użyteczności nie da się przebić.

SearchWiki poszło inną drogą. Zamiast tworzyć treść, umożliwiał użytkownikom sortowanie i opisywanie wyników wyszukiwania Google. Pomysł polegał na tym, aby społeczność mogła decydować o odpowiedziach. Nie kleiło się. Użytkownicy niechętnie ingerowali w organiczne wyniki wyszukiwania. Pod koniec 2010 roku Google zastąpiło tę funkcję prostym systemem oceniania w postaci gwiazdek, potwierdzając, że eksperyment się zakończył.

„Jakakolwiek próba stworzenia zabójcy Wikipedii… nigdy nie dorówna czystej sile crowdsourcingu”.

SideWiki było najbardziej natrętne. Było to rozszerzenie przeglądarki, które dodało pasek boczny do dodawania adnotacji na stronach internetowych. Wydawało się to kłopotliwe. Użytkownicy nie docenili możliwości komentowania na pasku bocznym podczas przeglądania. Google przestał wspierać projekt we wrześniu 2011 roku.

Wzór jest oczywisty. Google może zbudować infrastrukturę. Może zoptymalizować wyszukiwanie. Nie może jednak stworzyć organicznego zaangażowania społeczności. Nie możesz zmusić ludzi, żeby dbali o twoją wiki.

Lekcja dla Google Video

Ta historia jest ważna, ponieważ wyznacza kontekst dla tego, co wydarzy się później. Google nie zastąpiło Wikipedii. Nie była w stanie selekcjonować wyników wyszukiwania za pomocą niestandardowych adnotacji. Co się więc stanie, gdy spróbują zastosować tę samą logikę do wideo?

2: Google Video

Nieudany zakład Google Video przeciwko YouTube

Serwis Google Video nie tylko się potknął. Przypuścił frontalny atak na YouTube za pomocą eleganckiego interfejsu i sprytnych algorytmów, wierząc, że doskonała inżynieria może przytłoczyć platformę zbudowaną na chaosie. Porównanie z Wikipedią jest tutaj właściwe. YouTube wykorzystał tę energię generowaną przez użytkowników, pozwalając reputacji społeczności wyróżnić najlepsze treści, podczas gdy Google Video próbowało narzucić porządek. Była to walka pomiędzy wzrostem organicznym a kontrolowaną kontrolą. Google ostatecznie zapłacił 1,65 miliarda dolarów za zakup YouTube. Rynek zdecydował za nich.

Historia powstania tego projektu jest bardziej złożona niż zwykłe przejęcie. W styczniu 2005 roku ruszył projekt, który miał zupełnie inny cel. Nie chodziło tu o użytkowników przesyłających filmy. Celem było przekształcenie programów telewizyjnych w transkrypcje tekstu z możliwością przeszukiwania. Latem zmienili kurs na udostępnianie wideo. W ciągu roku ambicje dotyczące transkrypcji całkowicie zniknęły. Koncepcja przeszukiwalnych magazynów telewizyjnych przetrwała jedynie we fragmentach i ostatecznie pojawiła się w YouTube w 2012 roku, co udowadnia, że ​​Google nigdy całkowicie nie porzucił swojego pierwotnego pomysłu.

Fatalną wadą była złożoność. Podczas gdy YouTube oferował otwarte standardy, Google Video wprowadziło zastrzeżony typ plików i odtwarzacz. To spowodowało tarcie. Użytkownicy musieli wykonać dodatkową pracę, aby utworzyć lub wyświetlić treść. W czasach, gdy przenośność treści na różnych urządzeniach stała się miarą sukcesu, ten zamknięty ekosystem stał się ciężarem. Otwarta i przyjazna dla użytkownika architektura YouTube zwyciężyła, ponieważ usunęła bariery. Google je dodał.

Po przejęciu YouTube Google podjął próbę rebrandingu usługi. Nie udało się. Podmiot ponownie się zmienił, tym razem stając się wypożyczalnią wideo, mającą konkurować z Netfliksem. Ta próba również spełzła na niczym. Obecnie serwis Google Video istnieje jako archiwum statyczne. Pobieranie wyłączone. Pozostaje świadectwem krótkiego, ale kosztownego okresu, w którym Google próbował stworzyć własną społeczność wideo. Przechowuje treści warte ponad miliard dolarów. Ostatecznie te pozostałości prawdopodobnie zostaną ponownie zintegrowane z infrastrukturą YouTube.

1: Google Wave

Największa porażka w historii Google

Jeśli szukasz podręcznikowego przykładu produktu Google, który się nie powiódł, nie szukaj dalej – to Wave. To nie był kolejny nieudany projekt eksperymentalny. To największa porażka w portfolio firmy. W projekcie próbowano upchnąć zbyt wiele niepowiązanych ze sobą funkcji w jednym interfejsie, otaczając je mylącą warstwą złożoności, która zniechęcała użytkowników, zanim w ogóle zaczęli. Celem Wave było stać się uniwersalną aplikacją do udostępniania treści, nawiązując do arogancji kolejnych prób, takich jak Google+. Ten eksperyment społeczny może nadal mieć puls, ale Wave już dawno nie żyje.

Koszmar spowodowany przeciążeniem funkcji

Dlaczego ludzie go nienawidzili? Albo dokładniej: dlaczego było im trudno z niego skorzystać? Przeanalizujmy to doświadczenie. Masz już Gmaila do obsługi poczty e-mail. Nie potrzebowałeś Wave do wysyłania e-maili. Jeśli jednak chciałeś wysłać wiadomość do chaotycznej, trudnej do zrozumienia listy odbiorców w sposób sprzeczny z intuicją, Wave był Twoim narzędziem.

Platforma obiecała integrację multimedialną. Mógłbyś zamienić ten list w piosenkę. Lub w filmie. Lub do rozmowy o tych piosenkach i filmach, które same w sobie zawierały osadzone multimedia. To było rekurencyjne i dziwne.

Potem był aspekt społeczny. Można jednocześnie śledzić przybycie i odejście uczestników strumienia. Nigdy nie miałeś pewności, czy rozmawiasz z właściwą osobą i czy ktoś w ogóle śledzi ten wątek. Chcesz pobocznej rozmowy? Wave umożliwił tworzenie trwałych równoległych czatów obok głównego wątku. Wywołało to rozsądną, choć niewielką paranoję, polegającą na tym, że wszyscy obgadywali Cię za Twoimi plecami. Łączyła opóźnienia w pokojach rozmów, niezręczność wczesnego wspólnego edytowania dokumentów online, toksyczność płomieni i zawstydzenie korporacyjnych mikserów w jedną aplikację. Co najważniejsze, większość użytkowników również nie wiedziała, jak z niego korzystać.

Przepaść między szumem a rzeczywistością

Właściwie nie był taki straszny. Prawdziwa historia dotyczy oczekiwań. Podobnie jak w przypadku wielu produktów Apple lub ważnych wydarzeń politycznych, oczekiwanie na premierę często przyćmiewa faktyczną użyteczność. Jeśli wydałeś wystarczająco dużo pieniędzy i uzyskałeś wystarczającą wartość z przeciętnego projektu, będziesz go zaciekle bronić. Przysięgniesz, że cesarz nosi najlepsze ubrania.

Ale kiedy produkt jest darmowy lub gdy użytkownicy czują się przytłoczeni jego złożonością, staje się to najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek się wydarzyła. Fala wpadła w tę pułapkę.

Bumerang z systemu na zaproszenie

Wave uruchomiono w 2009 roku, korzystając z systemu wyłącznie na zaproszenia. To była ta sama strategia, która zadziałała w przypadku Google Voice. Wywołała poruszenie. Rozprzestrzenił się w całej kulturze za pośrednictwem pierwszych użytkowników — tych, którzy robią backflipy w dniu premiery i rozmawiają o produkcie dwa tygodnie przed premierą i dwa tygodnie po jej wprowadzeniu na rynek.

To ryzykowna strategia. Wave nie miał uniwersalnego zastosowania. Nawet zagorzałym fanom Google nauka zajęła ponad dwa tygodnie. To była sztuka performance. To był żart. To nie było narzędzie.

Dlaczego programiści nie mogli tego wyjaśnić?

Nawet doświadczeni programiści mieli trudności z wyjaśnieniem przeciętnym użytkownikom, dlaczego Wave był tak niekochany. Część problemu miała charakter techniczny. Język programowania był złożony. Dokładne powody, dla których nie integrował się z innymi pakietami Google, są ukryte w architekturze.

Ale być może ważniejszy jest efekt oczekiwania i odrzucenia. Użytkownicy spodziewali się rewolucji. Mają mylący interfejs. Argument „właściwe miejsce, niewłaściwy czas” również ma swoją wagę.

Dziedzictwo zbójeckich zabawek

Jakiekolwiek funkcje, które użytkownicy lubili w Wave, nie zniknęły. Wyemigrowali. Skrawki zepsutych i porzuconych produktów tworzących „Wyspę Rogue Toy Island” Google są zbierane, odkurzane i łączone w nowe konfiguracje.

DNA Wave jest obecne w innych produktach. Koncepcje współpracy w czasie rzeczywistym, rozgałęzionych rozmów i osadzania multimediów przeniknęły do ​​szerszego ekosystemu. Wave nie powiódł się jako samodzielny produkt. Jego idee przetrwały.